- kliknij na ikonę, aby otworzyć -
- kliknij na ikonę, aby otworzyć -
kl. Norbert Lasota
Wywiad z ks. prof. dr hab. Waldemarem Chrostowskim.

Jak Ksiądz Profesor wspomina początek swojego powołania, swojej drogi do kapłaństwa?
W.Ch.: Pragnienie kapłaństwa jest u mnie tak dawne, jak samo moje życie i pierwsze przejawy świadomości. Mogę powiedzieć z całym przekonaniem: zawsze chciałem być księdzem! Nie dopuszczałem do siebie myśli ani nie wyobrażałem sobie, że może być inaczej! Gdy miałem cztery, może pięć lat, wyobrażałem sobie siebie jako sprawującego Mszę św. i nauczającego ludzi. To zawsze wracało, a było o tyle dziwne, że mieszkałem w Chrostowie, cztery kilometry od parafialnego kościoła w Troszynie, w diecezji łomżyńskiej, i swój kościół znałem tylko z niedzielnych i świątecznych nabożeństw. Dobrze też pamiętam adwentowe Roraty, ciemności, las i skrzypienie śniegu pod nogami, oraz liturgiczną oprawę świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Wtedy pojawiała się ciekawość, gdzie i jakie jest prawdziwe Betlejem i prawdziwa Jerozolima. Nigdy jednak nie byłem ministrantem i nie utrzymywałem bliższych kontaktów ze swoim proboszczem. Był dość częstym gościem moich Rodziców, ale mnie to nie dotyczyło. Te moje marzenia i potrzeby musiały być jakoś znane, bo wielu rówieśników nazywało mnie, nie bez uszczypliwości, „ksiądz". Ale nie robiło to na mnie żadnego wrażenia i nie miało żadnego wpływu na mój życiowy wybór, jeżeli to, o czym opowiadam, można w ogóle nazwać życiowym wyborem.
Z tymi myślami ukończyłem w 1964 r. siedmioklasową szkołę podstawową i rozpocząłem naukę w liceum w Warszawie. Katecheta, o. Robert Madejski, był zdziwiony moimi planami, bo i wtedy nadal nie pchałem się przed ołtarz ani nie szukałem kontaktu z duchownymi. Cztery lata później, w 1968 r., jako 17-letni chłopiec wstąpiłem do Wyższego Seminarium Duchownego w Łomży. Pamiętam ten dzień doskonale, tak samo jak pierwsze rekolekcje seminaryjne. Byłem zachwycony kaplica, klęcznikiem, ciszą, skupieniem i modlitwą. Seminarium postrzegałem wyłącznie jako konieczny etap w drodze do kapłaństwa. Jesienią następnego roku przełożeni uznali, że „Łomża jest za mała" i tuż po przywdzianiu sutanny, na drugim roku, doradzili poszukanie czegoś innego. Byłem załamany, ale nie zrozpaczony, bo wiedziałem, że to jest moja droga i mu-szę ją kontynuować. Po pewnych perypetiach, jak podjęcie przez dwa tygodnie studiów w Akademii Teologii Katolickiej, a następnie kilkumiesięcznym pobycie jako katecheta na parafii w Łękach Kościelnych koło Kutna (już w sutannie!), zostałem przyjęty do Metropolitalnego Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. Ale i tam na szóstym roku studiów nie obyło się bez niespodzianek. To dłuższa historia i o wiele bardziej dramatyczna. Święcenia kapłańskie zawdzięczam wielkiemu Prymasowi Tysiąclecia, jego dobroci i zaufaniu. Bóg postawił Go na mojej drodze życia bardzo wcześnie: od dziecka nad moim łóżkiem zawsze wisiała jego fotografia. Teraz mam ją na ścianie w swoim mieszkaniu.
Kapłaństwo nie jest drogą łatwą, ale piękną – tak często mówią nam nasi formatorzy w seminarium. Jaki był najpiękniejszy moment Księdza kapłaństwa?
Powiedziałbym tak: dobrzy formatorzy nie muszą zapewniać, że kapłaństwo jest drogą piękną, bo to powinno być wyraźnie widoczne w ich życiu. Każdy kleryk powinien mieć świadomość, że seminarium nie jest celem, lecz środkiem w drodze do kapłaństwa. Można być dobrym klerykiem, ale później kiepskim księdzem, co świadczy, że rozeznanie i intuicja formatorów nie rozstrzygają wszystkiego. Bywają tacy kandydaci do kapłaństwa, którzy sprawiają wrażenie, że wszystko dla nich jest łatwe i proste, może dlatego, że w seminarium potrafią się wygodnie ułożyć. W kapłaństwie taka strategia na ogół się nie sprawdza i byłoby dobrze, gdyby o tym wiedzieli. Myślę, że jest sporo przesady w tym, że kapłaństwo to droga ciężka. Dlaczego? Przecież kapłan jest otoczony zaufaniem, miłością, życzliwością i modlitwami wiernych, doznaje od nich mnóstwo dobroci i serdeczności, jest im bardzo potrzebny i nie ma w Polsce kapłanów bezrobotnych. Kapłaństwo wtedy staje się trudne, gdy bywa przeżywane w otoczce egoizmu, chciwości, pychy lub zarozumiałości. Ale to już osobna sprawa! Właśnie w tej dziedzinie pomoc i przewodnictwo formatorów do kapłaństwa powinny być najbardziej owocne.
Najpiękniejszy moment mojego kapłaństwa? Jest ich wiele, setki i tysiące. Proszę mi pozwolić na absolutną szczerość: najpiękniejszy moment jest zawsze wtedy, gdy sprawuję Mszę św., a podczas niej Przeistoczenie. Żyję świadomością, że oto w tej właśnie chwili jestem szczególnie potrzebny Bogu i ludziom. Osiągnąłem w życiu sporo: jestem profesorem uniwersyteckim, wykładam, piszę, występuję w środkach masowego przekazu, objechałem i zwiedziłem wiele krajów, itp. Ale gdyby mi ktoś powiedział: masz do wyboru to wszystko albo sprawowanie Mszy św., choćby jednej jedynej, nie wahałbym się ani chwili! Zostawiłbym wszystko, czym się zajmuję, bez cienia żalu i wątpliwości, po to, by jeszcze raz stanąć przy ołtarzu i sprawować Eucharystię. Dlaczego tak jest? Nie wiem! Przecież nie jestem ani szczególnie pobożny ani uduchowiony, zatem widocznie Bóg potrzebuje mnie właśnie takiego, jaki jestem, i do tego, co On sam zamierzył. Może jakimś wytłumaczeniem będzie fakt, że spośród wielu świętych Kościoła najbliższa jest mi osoba i biografia św. Pawła.
Nasz Ksiądz Rektor w czasie jednej ze swoich konferencji powiedział, że spadek liczby powołań nie jest spowodowany tym, że Bóg dzisiaj powołuje mniej ludzi, ale wynika on z tego, że coraz mniej osób rozeznaje swoje powołanie. W czym według Księdza tkwi ten problem?
Odpowiedź na powołanie to coś znacznie więcej niż wyraz wiary w Boga, to owoc zawierzenia Bogu. Tych, którzy deklarują wiarę w Boga, jest wielu, natomiast tych, którzy są gotowi całkowicie zawierzyć Bogu, jest znacznie mniej. Bierze się to zapewne stąd, że każdy człowiek chce jak najwięcej zostawić dla siebie. Sądzę, że młodzi ludzie, chłopcy i dziewczęta, mogliby chętniej i radośniej odpowiadać na głos powołania, gdyby widzieli radosnych, pełnych godności i przekonanych o sile swojej wiary kapłanów i biskupów. Bóg zawsze działa z mocą i miłością, co nie oznacza, że skutki Jego działania dają się przełożyć na rezultaty statystyczne. Logika wiary jest inna niż logika socjologii i psychologii. Nawiasem mówiąc, uważam, że obecnie w seminariach jest za dużo wiedzy pomocniczej, która ma niewielkie znaczenie dla formacji i duchowego wzrostu, a za mało dobrej teologii, czyli wiary szukającej zrozumienia. Wracając do głównego wątku: jeden prawdziwie oddany Bogu człowiek osiągnie o wiele więcej niż setki innych, ale letnich i mdłych.
Kapłaństwo potrzebuje odwagi, takiej odwagi, która płynie z głębi chrześcijańskiej wiary. Zanim udamy się do innych, by głosić im Chrystusa oraz ich dla Chrystusa pozyskać, sami musimy przeżyć „przygodę wiary", to znaczy spotkać Boga na drogach naszego życia, przylgnąć do Niego i ująć Jego ojcowską dłoń. Benedykt XVI powiedział: „Kto wierzy w Boga, nigdy nie jest sam". Wiernym towarzyszem drogi wszystkich powołanych jest Bóg! Jeżeli pokazuje cel, to daje siłę, by go osiągnąć; jeżeli wskazuje drogę, to daje światło i moc, by nią przejść; jeżeli czegoś wymaga, to hojnie darzy łaską, by temu sprostać. Kto nie doświadczy tej Bożej obecności i pomocy, nie otworzy się na nią i jej nie przyjmie, nie będzie wiedział, czym jest pewność powołania i radość, jaką ono niesie.
Jakie największe wymagania niesie dla księży, kleryków dzisiejszy świat? I jak im sprostać?
Właściwie te same, co zawsze, tylko że zwielokrotnione i częściej powtarzane. Jest to przede wszystkim wymaganie autentycznego świadectwa o Jezusie Chrystusie i zbawieniu, które On przyniósł każdemu człowiekowi i całemu światu. Znaczy to, że w świecie targanym przez rozmaite wątpliwości, subiektywizm i relatywizm oraz wydanym na pastwę „hermeneutyki podejrzeń", bardziej konieczna niż kiedykolwiek dotąd jest pewność wiary w Boga oraz Jego dzieło zbawienia. W tym miejscu klerykowi i kapłanowi nie wolno wątpić! Kapłaństwo Chrystusowe nie jest jeszcze jedną ofertą w ramach obficie zastawionego tzw. szwedzkiego bufetu różnych ofert religijnych i recept na życie. Chrześcijaństwo jest ofertą jedyną w swoim rodzaju, nieodwołalną, absolutnie skuteczną i uniwersalną. Bóg w Jezusie Chrystusie stal się człowiekiem i uzdolnił nas do tego, byśmy stawali się narzędziami Jego miłości i miłosierdzia.
Tymczasem wielu powołanych waha się, odwołuje do modeli zaczerpniętych ze środków masowego przekazu i publicystki, nie są bowiem pewni swojej wiary. Niedorzecznością, według mnie, jest kapłan, który w spotkaniu z drugim człowiekiem deklaruje: „Nie przyszedłem pana nawracać!" Skoro tak, to po co jest w ogóle potrzebny? I komu? Rozmowa o samochodach, polityce czy podróżach nie wymaga święceń kapłańskich ani władzy sprawowania sakramentów. Problem jest głębszy i najlepiej wyraził go Benedykt XVI w przemówieniu do kapłanów diecezji rzymskiej (13 V 2005): „Jeżeli my znaleźliśmy Pana i jeśli On jest światłem i radością naszego życia, to skąd mamy mieć pewność, że komuś, kto nie odkrył Chrystusa, nie brakuje jakiejś istotnej części życia i że nie jest naszym obowiązkiem ukazać mu tę istotną rzeczywistość?"
W spotkaniu z dzisiejszym światem nie możemy być bierni ani strachliwi. Nikt nie pójdzie za tymi, którzy żyją w niepewności i lęku. Nikogo nie pociągnie kapłan, który sam nie jest przekonany o słuszności swojej drogi życiowej i jej eschatologicznym ukierunkowaniu. Myślę, że częstym błędem jest sprowadzanie kapłaństwa do ram tego świata i zamykanie go w ramach doczesności. Przykładowo, akcje charytatywne są ważne, ale ważniejsze od nich jest wychodzenie naprzeciw innemu głodowi, a mianowicie głodowi Boga. Akcje dobroczynne mają naprawdę sens wtedy, gdy jako znak miłości bliźniego, są zarazem widzialnym znakiem miłości Boga oraz nadziei na życie wieczne z Nim. Właśnie tej nadziei na wieczność dotkliwie brakuje dzisiejszemu człowiekowi. Benedykt XVI stawia bardzo ważne pytanie: „Lecz jeśli jesteśmy przekonani, jeśli z naszego doświadczenia płynie pewność, że bez Chrystusa życie jest niepełne, że brakuje w nim pewnej rzeczywistości, rzeczywistości podstawowej – to musimy mieć też przekonanie, że nikomu nie wyrządzamy krzywdy, gdy ukazujemy mu Chrystusa, gdy dajemy mu możliwość, by stał się autentyczny i doświadczył radości płynącej ze znalezienia życia". Kto tak pojmuje swoją relację wobec świata, na pewno się go nie obawia ani nie unika, lecz postrzega jako pole gotowe do żniwa.
Korzystając z Księdza Profesora „specjalizacji" – biblistyki, chciałbym zapytać o Księdza ulubione miejsce w Biblii dotyczące powołania/powołanych.
Moje ulubione miejsce to perykopa o ofiarowaniu Izaaka przez jego ojca Abrahama z 22. rozdziału Księgi Rodzaju. Kiedy w młodości przeczytałem ją po raz pierwszy, długo myślałem nad tym, co czuł Abraham w tę pierwszą noc, gdy usłyszał głos Boga i oczekiwał poranka, by podjąć powołanie do złożenia ofiary z miłości. Musiała to być dla niego mroczna noc... Przeżyłem i ja coś podobnego, gdy w grudniu 1974 r., na kilka miesięcy przed święceniami kapłańskimi, dowiedziałem się od rektora późnym wieczorem, że święceń nie będzie... Miałem dwadzieścia trzy lata, a tej nocy pojawiły mi się na głowie siwe włosy... Warszawa spała, lecz do rana nie zmrużyłem oka. Cała moja przyszłość legła w gruzach. Abraham miał złożyć Bogu ofiarę z miłości, co znaczyło także z przyszłości... Jest to niezwykły tekst, który dla mnie znaczy więcej niż wiele innych razem wziętych.
Jaką Ksiądz Profesor mógłby na koniec dać radę nam – klerykom, która powinniśmy się kierować w czasie naszej drogi do kapłaństwa?
Wśród tysięcy głosów, jakie rozbrzmiewają w świecie, klerycy słyszą również Głos Jedynego. Czasami jest silny i donośny, a przecież i wtedy, jak o tym świadczy moje życie, kapłaństwo nie przychodzi łatwo. Czasami ów Głos wydaje się wątły i cichy, a wtedy powołany doświadcza pokory i łagodności Betlejem. Kiedy indziej ten tajemniczy Głos łączy się z cierpieniem i niepewnością, jak w Getsemani oraz na Drodze Krzyżowej. Każdy musi przebyć własną drogę i jednej recepty na wszystko i dla wszystkich po prostu nie ma, bo być nie może. Rada dana jednemu może być zupełnie niepotrzebna innemu.
Sądzę, że najważniejsza w życiu alumna, a potem kapłana, jest modlitwa. Kleryk czy kapłan, który modli się niechętnie i niedbale, albo w ogóle się nie modli, chociaż sprawuje święte obrzędy albo w nich uczestniczy - to parodia kapłaństwa, jakby sztuczna atrapa żywności: ludzie wyciągają rękę, by skosztować pięknie wyglądające ciastko, a oto dotykają wyrobu z tworzywa sztucznego. Kapłan czy alumn bez modlitwy to jak strumień pozbawiony źródła. Seminarium powinno być szkołą i miejscem modlitwy. Powietrze w seminarium powinno być gęste od modlitwy. Bywa, że tak się dzieje, a ci, którzy przybywają do seminarium, to czują. Bywa, że jest inaczej, a wtedy duża grupa chłopców ubranych w sutanny wcale nie czyni ich samoistnie mężami modlitwy. Osobista rozmowa z Panem powinna oświetlać i porządkować cały nasz dzień. Czas poświęcony na modlitwę to czas łaski. Alumn, który się modli, dochodzi do Boga czy to na drodze niewinności, czy to na drodze nawrócenia. Bez modlitwy zupełnie niemożliwa jest droga niewinności, natomiast droga nawrócenia jest wystawiona na ciężką próbę.